Jeździectwo Naturalne Bez Tajemnic
Hippika - Natural Horsemanship
Osobowości / - Małgorzata Małkińska
- Małgorzata Małkińska

W mojej rodzinie nie ma tradycji konnych. Skąd więc od zawsze konie w mojej głowie i sercu? Nie mam pojęcia. Z dzieciństwa pamiętam tylko jak na moje prośby o kupno konika tato tłumaczył, że przecież mieszkamy w bloku i koń nie może stać na balkonie, bo będzie nieszczęśliwy - czyżby mimo braku kontaktu z tymi zwierzętami podświadomie wyczuwał ich potrzebę wolności i ruchu. Myślę, że chodziło raczej o racjonalne wytłumaczenie odmowy na nieracjonalną prośbę córki. Nieracjonalną przede wszystkim ze względów finansowych.

Pamiętam jak w szkole podstawowej uzbierałam sobie na pierwsze lekcje jazdy konnej. Cóż za radość! Już wiedziałam na pewno, że konie to „moje zwierzęta". Jeździłam okazyjnie, tylko, kiedy udało mi się uzbierać jakąś kwotę pieniędzy. Potem przyszło dorosłe życie liceum, studia, pierwsza praca i tak pochłonięta przez wir codzienności zaniedbałam moją pasję, ale ciągle tęskniłam za końmi.

 Tak naprawdę pierwsze moje poważniejsze spotkanie z tymi zwierzętami miałam przy okazji kursu przodownika turystyki jeździeckiej PTTK. Byłam zachwycona obcowaniem z końmi. Niezrażona wchodziłam do gryzących, kopiących i zrzucających koni nie wiedząc, jakie ponoszę ryzyko. Nie znałam się na tym zupełnie, nie wiedziałam wtedy, że „konie do mnie mówią". Cud, że wyszłam z tego bez szwanku. Każdy upadek z konia zachęcał mnie tylko do tego żeby ponownie usiąść w siodle. Chłonęłam każdą nową przygodę, jak gąbka. Refleksja - co na to wszystko konie? - przyszła później.  

 

Wrażenia z obserwowanej wówczas opieki stajennej mam mało pozytywne... Do teraz pamiętam, że jedną z metod pracy pana stajennego było przestawianie koni w boksie na bok kopniakiem w brzuch. Nie rozumiałam tego i nie mogłam się z tym pogodzić.

 

Potem znów „wypadłam z obiegu". Nie było czasu i pieniędzy na mało racjonalne zachcianki.

Zaczęłam pracę. Pracowałam i nadal myślałam o koniach. Wreszcie postawiłam wszystko na jedną kartę i rezygnując z awansu w pracy postanowiłam przyjąć taką posadę, aby wreszcie związać życie z tymi zwierzętami. Mimo, że poświęciłam „ciepłą posadkę" byłam szczęśliwa. 

Chłonęłam wiedzę całymi garściami, jednak wiedza jeździecka jaką zdobywałam oparta była głównie na zasadach bata i ostrogi.

Chociaż miałam wstręt do stosowania rozwiązań siłowych i starałam się traktować mojego konia „po ludzku", cały czas czułam, że to nie jest to.

W przekonaniu tym utwierdziłam się pewnego pięknego, słonecznego przedpołudnia, kiedy to po skończonej pracy postanowiłam w nagrodę za  udaną, jak mi się wydawało współpracę, puścić mojego konika na trawkę. Zdjęłam siodło, zdjęłam ogłowie, nie zdążyłam się nawet odwrócić. Ale mój koń, którego nigdy nie traktowałam źle, zdążył! W jednej chwili naskoczył zadem i kopnął w moim kierunku. Po pierwszym kopnięciu upadłam. Poprawił jeszcze 3 razy... Teraz wiem, że miałam szczęście, że nie chciał mnie zabić tylko powiedział dobitnie coś, o czym być może wcześniej wielokrotnie mnie informował.

Czekając na zrost kości ręki miałam dużo czasu na przemyślenie sprawy. Zaczęłam szukać i czytać. Nagle otworzyły mi się oczy i otworzyły się bardzo szeroko. Przeczytałam chyba wszystkie dostępne w Polsce książki Monty Robersta i „odkryłam" istnienie końskiego języka.

 Musiałam działać natychmiast! Znalazłam kurs i na L1 JNBT u Andrzeja Makacewicza byłam jeszcze z ręką w gipsie.

Zupełna zmiana wizji i podejścia do szkolenia, dużo informacji, ale wszystko co słyszałam trafiało w lukę, którą zawsze czułam pomiędzy mną a końmi. Po kursie dalej czytałam i szukałam.

Zanim wróciłam po zwolnieniu do pracy z końmi miałam już całkiem inną jej wizję. No i się zaczęło. To ile wysiłku musiałam włożyć najpierw w pokonanie własnego strachu i opanowanie emocji wiemy chyba tylko ja i mój ulubieniec, który złamał mi rękę.

Efekty było widać od razu. Z dnia na dzień osiągaliśmy coraz więcej. Chodziłam z koniem po całej stajni jak z psem, przy nodze, bez żadnego ogłowia ani liny. Mój koń był nieustraszony!

 Folie, spryskiwacz (którego tak się bał), przyczepa (na pokazanie palcem), strzały i ogień, wszystkie te normalne rzeczy nie robiły na nas żadnego wrażenia. Kiedy pierwszy raz poprowadziłam mojego konika tylko na cordeo, uśmiech nie schodził mi z twarzy.

„Cuda", które robiłam z moim „killerem" zainteresowały otwarte głowy, ale też przysporzyły nieprzyjemności. Wkrótce zabroniono mi trenować konie bez nadzoru, chodzić z nimi na wolności i robić sztuczki, bo przecież sadzanie konia może go zabić (dostanie skrętu jelit). Nie dałam się przekonać do dawnych metod i zmieniłam miejsce pracy, choć musiałam pożegnać „mojego konia".

Nie wyobrażam sobie powrotu do mojego dawnego jeździectwa. Z przyjemnością pochłaniam kolejne szkolenia i kursy uczące o relacjach i końskim świecie. Teraz nie ma już odwrotu. Z końmi spotykam się poza pracą. Szkolenie ich to czysta przyjemność, mój zaczarowany świat. Wszystko znika, jesteśmy tylko ja i koń.

 

Co jest w tym najlepszego? Odkrywasz, że cokolwiek by się nie działo nie musisz złościć się na konia i rzeczywiście przestajesz. Najwięcej satysfakcji masz obserwując wynikające ze szkolenia dobre zmiany w koniach i ludziach. Przy trudnościach po prostu uśmiechasz się i szukasz nowych rozwiązań.

 



powrót
Faz stanowczości jest więcej niż cztery. To kontinuum, na którym musimy szukać właściwego stopnia dla naszego konia.

Steve Halfpenny