Aktualności / Metoda imprintingu żrebaków już na wyższych uczelniach w Polsce Szukamy imprintingowanych źrebaków do badań porównawczych
Na pierwszej edukacyjnej imprezie naturalnej „Myśląc o koniu” we wrześniu 2010 w Zbrosławicach, w trakcie seminarium dr Roberta Millera, na jego pytanie w ilu ośrodkach spośród uczestników prowadzony jest już imprinting źrebaków podniosło ręce ponad 15 osób. To imponujący wynik biorąc pod uwagę ,że pierwsze seminarium dr Millera w Polsce odbyło się w listopadzie 2009. Po tegorocznych szkoleniach i seminariach kolejne osoby otrzymały certyfikaty imprintingowe w ramach programu Jeździectwa Naturalnego bez Tajemnic. Program pilotowy imprintingu porównawczego dla 5 źrebaków ze stajni folblutów hodowli p J. Zalewskiego prowadzony przez Wiktorię Pietkiewicz podbił serca publiczności w czasie pokazu jej 6 miesięcznych pupilów. Maluchy śmiało pokonywały przeszkody, które były nie do przebycia dla ich mamuś a o założeniu klaczy na głowę worka z folli tak jak naszym małym bohaterom nie było mowy. Warto obejrzeć ten filmik
Programem imprintingowania źrebiąt zainteresowały się nasze wyższe uczelnie i do jednej z prac poszukiwane są do badań porównawczych imprintingowane źrebaki. Zatem prosimy ośrodki o zgłaszanie kandydatów do ich przebadania no i startu sławy imprintingowanego wierzchowca na adres jnbt@jnbt.pl Warto też posłuchać osób, które zdecydowały się na wprowadzenie tej metody. „W roku 2009 wybrałam się na seminarium dr Millera „Rewolucja w jeździectwie”. Byłam nim tak zachwycona, że postanowiłam wziąć udział w kolejnym na temat imprintingu źrebiąt. To było wspaniałe doświadczenie. W międzyczasie studiowałam psychologię zwierząt i bardzo mi się spodobał fakt, że wiedza uzyskana na seminarium pokrywała się ze ścisło naukowym podejściem do tego tematu, prezentowanym na moich studiach. To mnie zmotywowało i zainspirowało do podjęcia działania. Od dawna miałam kontakt z końmi i wiedziałam jak się z nimi obchodzić, a przynajmniej w większości przypadków. Czułam, że moja wiedza jest silna. Seminaria i studia pogłębiły, ugruntowały ją. Dzięki nim zdobyłam się na odwagę i zamieściłam ogłoszenie w Internecie. Po pewnym czasie, w maju 2010 roku odezwali się do mnie właściciele klaczy fryzyjskiej. Spytali, czy zgodziłabym się przeprowadzić imprinting na źrebaku, który miał się niedługo urodzić. Podjęłam się tego zadania. Nie była to łatwa decyzja, bo to był mój pierwszy taki „zabieg”. Czułam ogromną odpowiedzialność i bardzo się bałam, czy na pewno sobie poradzę. Jestem osobą, która strasznie dużo od siebie wymaga i niestety pewność siebie nie jest moją mocną stroną. Gdyby nie spotkanie z dr Millerem, pewnie bym się na to nie zdecydowała. To był prawdziwy chrzest bojowy. Przez dwa tygodnie chodziłam wszędzie z komórką w ręku, w stałej gotowości do wyjazdu. Pewnej nocy dostałam telefon od właścicieli, że już urodził się ogierek. Od razu wsiadłam w pociąg. Stajnia znajdowała się pod Łodzią, więc podróż zajęła trochę czasu. Do źrebaka dotarłam w ósmej godzinie jego życia. Bałam się, że to opóźnienie odbije się niekorzystnie na efektach imprintingu. Na drugi dzień wróciłam, by sprawdzić czy „zabieg” się udał. Sprawdziłam wszystkie odczulone obszary, wszystko było w porządku. Ale jeszcze trzeba przecież sprawdzić odwrażliwienie na różnie obiekty i materiały. Podeszłam z drżącym sercem do półeczki, gdzie leżały moje rekwizyty. Wzięłam folię i pokazałam ją źrebakowi. Myślałam: „kurczę, pewnie się jej wystraszy, pewnie ucieknie”. Ale gdy tylko podeszłam do niego, moje obawy rozwiały się momentalnie. Ogierek wsadził pyszczek w folię i był nią po prostu oczarowany! Byłam zaskoczona jak spokojnie tolerował pocieranie gazetą, spryskiwanie, dotyk linki po całym jego ciele. Co więcej, źrebaczek był bardzo ciekawy rzeczy, których przy pierwszej sesji nie widział, jak np. aparatem fotograficznym. Chodził za mną krok w krok, przymilał się do ludzi. Gdy wyszłam z boksu, cała się trzęsłam z wrażenia – wszystkie emocje opadły, stres uleciał. Była przeszczęśliwa! Na kolejnych sesjach pracowałam nad ustępowaniem od nacisku, zrobiłam nawet próbny kantarek ze sznureczka, gdyż właściciele zdołali kupić mały kantar dopiero ostatniego dnia mojej wizyty. Oczywiście cały czas zapisywałam swoje postępy i opracowywałam program na następne spotkanie. Konsultowałam się również z Kasią Tomaszewicz – rozmowy z Nią dały mi mnóstwo spokoju i dodały pewności siebie. Dzięki naszym wyważonym opiniom było mi łatwiej znaleźć złoty środek w mojej pracy, z rozwagą i dystansem podejmować kolejne kroki. Bardzo Jej za te rozmowy dziękuję. Właściciele byli zachwyceni postępami swojego malucha. Dziękuję Im bardzo za wyrozumiałość i zaufanie, jakim mnie obdarzyli. Dziękuję również źrebaczkowi – zawsze będzie moim „chrześniakiem” ;) Wiele się od niego nauczyłam, praca z nim to była sama przyjemność.”
Książka długo wyczekiwana, wyjaśniająca techniki i filozofię Robertsa. Jest ona podsumowaniem jego życiowego dorobku, całokształtem wiedzy, którą Monty pragnie przekazać kolejnym pokoleniom.